Świadectwa
Kurs Filip... przyszłam myśląc, że może to być kolejny krok na drodze
moich poszukiwań. Przecież od jakiegoś czasu czegoś mi brak, za czymś tęsknię...
To pragnienie wypełnia mnie całkowicie. Szukam, ale wiem
(i ta myśl jest ważniejsza), że to ktoś szuka mnie. Muszę dać się odnaleźć.
Chcę dać się odnaleźć. Nie wiedziałam co mnie tu czeka... Na modlitwie
wstawienniczej nade mną, czuję jednak niechęć do całej tej sytuacji...
Po co wspominałam jakieś dawne sprawy ? Dostaję niezrozumiałe słowo...
Jest lęk i mroczne myśli. Zmiana przychodzi następnego dnia rano. Wchodzą
posługujący na kursie, widzę ich twarze: uśmiechnięta, zatroskana, zalękniona,
z „uciekającymi” oczami jakby z obawy by nie spłoszyć, zawstydzona, uważna,
czujna, poważna, radosna, o figlarnym spojrzeniu, tajemnicza... Siedzę pełna
niepokoju ale powoli napełnia mnie takie przekonanie, że to co się teraz dzieje
jest tylko dla mnie, że chodzi tylko o mnie i że tylko dla mnie jest taka oto
informacja: czekałem na ciebie..., cieszę się że tu jesteś..., nareszcie mnie
znalazłaś..., nie bój się..., kocham cię..., nawet nie domyślasz się co jeszcze
dla ciebie przygotowałem....Widzę wiele twarzy, które stają się jakby jednym
obliczem w jednym ciele... Napełnia mnie przeogromna radość, wzruszenie,
i łzy których nijak nie daje się pohamować... Lecz wiem, że nie chcę ich
powstrzymywać i z rozkoszą poddaję się tej ogarniającej mnie miłości.
Mam ochotę przytulić wszystkich razem i każdego z osobna. Jeżeli tak wygląda
żywy Jezus to właśnie On mi się objawił. Chwała Panu !
Jezu nie odchodź !
Teresa Z.
16 grudnia 2008 roku zmarła na białaczkę moja przyjaciółka. Było to dla mnie bardzo bolesne przeżycie. Przez pierwsze tygodnie nie docierało to do mnie. Byłam w szoku. Do pracy jeździłam pod wpływem środków uspokajających. Nie byłam w stanie pracować. Ogarnęło mnie zupełne zobojętnienie. Nic mi się nie chciało. Popadałam pomału w depresję. Trwało to bardzo długo. Pamiętam jak się męczyłam. Każdego dnia dopadała mnie coraz większa rozpacz. Znajomi mi współczuli i razem ze mną przeżywali śmierć Marty. Jednak mnie to doświadczenie jakoś najbardziej dotknęło.
TERAZ JUŻ WIEM, DLACZEGO. BYŁO TO PEŁNYM MIŁOŚCI
WOŁANIEM PANA BOGA DO OSOBISTEGO NAWRÓCENIA SIĘ.
Tracąc Martę, zrozumiałam ile dla mnie znaczyła, mówiłam sobie, że byłam
złą przyjaciółką. Żałowałam, że nie zdążyłam się z nią pożegnać, tak
szybko odeszła. Bolało mnie to. Jej śmierć odbiła się bardzo mocno na
mojej psychice. Później zauważyłam, że to, co przed śmiercią interesowało
Martę, zaczęło również mnie interesować. Czułam jej obecność. Ilekroć
spotykała mnie jakaś sytuacja bez wyjścia pytałam w myślach Martę, co mogę
uczynić, jak rozwiązać jakiś problem. Odpowiedzi rodziły się w mojej głowie.
Wiedziałam, że Marta czuwa nade mną, tak sobie wtedy to tłumaczyłam.
Zaczęłam się modlić o jej duszę każdego dnia i tak małymi kroczkami zaczęłam
zbliżać się do Pana Boga, prosząc Go, żeby opiekował się jej duszą.
Wkrótce zaczęły się też zmieniać moje priorytety, to, co było ważne stało
się mniej ważne. Zaczęłam się modlić jeszcze częściej. Pragnęłam
wreszcie coś w swoim życiu pozmieniać. Oderwać się całkowicie od
przeszłości, która była w rękach diabła. Jeden grzech pociągał za sobą
drugi. Zresztą nie było dla mnie wtedy czegoś takiego jak grzech.
Mówiłam, że wszystko, co dzieje się na tym świecie jest dla ludzi i warto
wszystkiego spróbować, choć raz w tym życiu. Dużo imprezowałam, nie
chodziłam do Kościoła, bo wolałam iść na piwo, a jak już zdarzyło mi się
uczestniczyć we Mszy Świętej, to było to przymusowe, nie było to z
chęci. Nudziłam się wtedy w Kościele, myślałam zupełnie o czymś innym niż
o Bogu. Kazanie było dla mnie najbardziej męczącą częścią Mszy Świętej.
Dziś Pan Bóg ofiarował mi wielki szacunek dla księży i sióstr
zakonnych. Wcześniej przyzywałam księży, często bluźniłam. Diabeł
sterował mną jak tylko chciał. Ulegałam wszelkim pokusom zarówno duszy
jak i ciała, które zaprzedawałam diabłu.
Pan Bóg pragnął to wszystko ode mnie oddalić. Patrzył ze smutkiem na
moje życie. Dawał mi wiele łask, ale ja je odrzucałam lub nie
doceniałam, za nic nie dziękowałam, a Pan przez to wszystko, co mi
dawał, tak bardzo pragnął zbliżyć mnie do siebie. Swoją dobrocią.
I kiedy przez śmierć Marty pokazał mi jak bardzo mnie kocha i jak bardzo
pragnie mojego powrotu, ja obwiniałam Go, że mi ją zabrał. Zadawałam mu często
pytania.. Dlaczego? Po pewnym czasie zaczęłam to wszystko powoli
rozumieć. Odkryłam, że było to dziełem Bożym. Od tamtej pory zaczęło
się zmieniać moje myślenie, moje zachowanie. Zaczęłam częściej myśleć o
Bogu. Śmierć przyjaciółki bardzo zbliżyła mnie do Pana Boga. Jeszcze częściej
zaczęłam się modlić. Postanowiłam pójść na Mszę, wyspowiadać się. Już po
pierwszej Mszy zaczęło dziać się coś niesamowitego. Czułam jak bardzo
brakowało mi szczerej spowiedzi, pełnego uczestnictwa we Mszy Świętej.
Pamiętam jak patrzyłam się w obraz Jezusa Chrystusa i jak łzy spływały
mi po policzkach. Zaczęłam coraz bardziej przywiązaywać się do
uczestnictwa we Mszy Świętej. Chodziłam codziennie i zawsze
wychodząc z Kościoła czułam się napełniona spokojem, zdarzało mi się
również bardzo często wracać z wyrazem uśmiechu na twarzy, to było
niesamowite. Wtedy Msza Święta była dla mnie tym, czego potrzebowałam,
obecność na Mszy była dla mnie jak wizyta u dobrego psychologa. Bóg w
ten sposób mnie uzdrawiał. Dziś Msza Święta jest dla mnie osobistym
spotkaniem się Panem Bogiem, jest darem od Niego dla nas wszystkich,
abyśmy byli w bliskości z Nim i doświadczali codziennie Jego obecności.
Dziś każde Boże Słowo jest dla mnie żywe, a modląc się wspólnie z innymi,
przeżywam każde słowo modlitwy, po prostu czuje. Po każdej Mszy Świętej
ogarniał mnie spokój i jednocześnie wielka radość, teraz też przepełniona
ogromną miłością do tego świętego miejsca, do Pana Boga, do bliskich,
znajomych i ludzi, których nie znam. Bóg dał mi tyle radości, że cierpienie,
które przeżyłam nie równa się ze szczęściem, które teraz udziela mi Pan. Bóg
zaczął przemieniać moje życie, dostałam od Niego pełnię łask, tak mnie ukochał.
Udziela mi tyle radości, miłości i wiary, że tego nie da się wyrazić, to jest
cudowne, być tak blisko z Nim:) Każdego dnia pokazuje mi jak bardzo mnie kocha,
że jest ze mną i nie muszę się już niczego obawiać. Czuję jak Bóg uzdrawia
moje wnętrze. Modląc się do Niego w pełnym skupieniu, napełnia mnie
niezmierzonym szczęściem, napełnia radością, pragnę uwielbiać Go każdego dnia!
Dzięki Ci Boże!
Martyna J.
Zdarzyło się, że planując wyjście do kościoła w nowy rok zdążyłem ostro nagrzeszyć dosłownie 30 minut przed mszą. Na kazaniu ksiądz powiedział, że ludzie różnie zaczynają nowy rok, postanowieniami, wyrzeczeniami, i by zastanowić się od czego my zaczniemy nowy rok. I przypomniałem sobie jak ja rozpocząłem ten 2010 rok i zacząłem się obwiniać, że tak bardzo spaliłem akcje tym grzechem. Czułem z tego powodu straszny smutek, Podczas mszy świętej, gdy się obwiniałem, Bóg przyszedł do mnie z takim słowem "czemuż to ośmielacie się mówić źle o moim słudze", poczułem wielką miłość i bardzo wyraźnie to, że Bóg nie chce abym się obwiniał ale raczej abym się cieszył że i tak mnie kocha pomimo grzechu;) Życzę wam doświadczenia miłości Bożej każdego dnia w tym i przyszłym wieku.
Pisze o tym ten, który Bożej miłości doświadczył, a jego świadectwo jest prawdziwe. On wie że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli;)
Michał
Boga, który jest żywą Osobą, spotkałam podczas modlitwy wstawienniczej w kościele, w maju 2008r. Poczyłam silną obecność Ducha Świętego, namacalną. Wyraźnie poczułam ożywiający, orzeźwiający powiew wiatru z prawej strony mojej twarzy. Było to moje pierwsze doświadczenie Boga, który jest żywy i dotyka bezpośrednio mnie.
To doświadczenie jest dla mnie niepodważalnym dowodem, że Bóg istnieje i jest konkretną, realną Osobą, która jest obecna w moim życiu.
Iwona
Spotkałam Jezusa tak naprawdę przed Najświętszym Sakramentem w Kościele Matki Bożej Królowej Polski, o godzinie 20, w lipcową sobotę. Jezus po prostu do mnie mówił. Słyszałam Jego słowa o Miłości, którą ma dla mnie i o wielkich planach. Prosił, żebym była cierpliwa, że wszystko będzie się działo w swoim czasie. Czułam wielki pokój w sercu i czułam się napełniona Nieskończonością Boga.
Ola
Kiedy zorinetowałem się, że moja modlitwa do Boga była rutyną, bardziej religijnością niż wiarą i, że mam wrażenie iż modlę się od ściany, powiedziałem w pragnieniu serca w niedziele po 23:00 między marcem a majem 2007 "Boże chcę doświadczyć Twojej żywej obecnosci, żywej relacji z Tobą, żeby moja modlitwa nie była pusta i jałowa.
Od tego momentu Bóg delikatnie wkroczył do mojego życia i zmienia je aż do tej pory. Ktoś mogłby zapytać jak zmienia - nie starczylo by ksiąg żeby to opisać, to trzeba po prostu samemu przeżyć. Alelluja!
Grzesiek B
Dwa i pół roku temu (2006r), byłem na Mszy o Uzdrowienia w Parafii księży Pallotynów w Otwocku. Był to trzeci czwartek miesiąca, ok godziny 20stej. Uklęknąłem przy ołtarzu, na którym przebywał Jezus Chrystus obecny w Najświętszym Sakramencie. Zaczął modlić się nade mną ksiądz. Podczas tej modlitwy nagle poczułem, jak osuwam się na ziemię - chociaż w momencie gdy jej dotknąłem, miałem wrażenie iż spadłem w stos najbardziej miękkich poduszek na świecie. Znalazłem się w innym miejscu, jakby wyrwanym ze wszystkiego co działo się dookoła. Zrobiło się jakoś cicho i w jednej chwili odkryłem, że tuż przy mnie stoi postać żywego Jezusa. Oczy miałem zamknięte i nic nie widziałem, ale doświadczałem całym sobą Jego obecności i wiedziałem, że stoi tuż nade mną. Pojawiło się we mnie uczucie niesamowitego szczęścia i zacząłem płakać z radości. Wtedy usłyszałem potężny, ale zarazem urzekający głos, który słyszałem jakby zza stojącego przy mnie Jezusa, ale zarazem prawie we mnie. Ten głos wypełnił mnie całego i aż drżałem od Jego dźwięku. A mówiący zwracał się do mnie: "Tyś jest mój Syn Umiłowany, w Tobie mam upodobanie". Po wysłuchaniu tych słów poczułem, jak w moim sercu wyrywa się nieusuwalny znak miłości Boga Ojca do mnie. Gdy wszystko się skończyło, nagle się "przebudziłem" i zobaczyłem, że leżę na stopniu komunijnym. Dookoła modlili się ludzie, a ja byłem przepełniony wdzięcznością i niezwykłą obecnością Boga w moim ciele i duszy. Przez długi czas w uszach dźwięczały mi Jego słowa.
Do dziś żyję mocą tamtego wydarzenia w którym Bóg na zawsze odmienił moje życie! Kocham Cię Boże
Maciek Kubiak
W listopadzie 2006, trwając już wiele lat bez bliskości Jezusa (sakramentu Eucharystii) i tęskniąc za Nim latami, próbowałam bezskutecznie "naprawić" siebie. Wtedy to usłyszałam na kazaniu: "Nie naprawiaj się, tylko idź pojednaj się z Bogiem, a później będziesz się doskonalić". Zrozumiałam, że te słowa są do mnie i podjęłam natychmiastową decyzję. Wsiadłam sama w pociąg i pojechałam do Częstochowy. Nocowałam w Domu Pielgrzyma (a tak naprawdę nie spałam wcale). To tam odbyłam spowiedź (po 25 latach) i przez łzy - moje, ale także Matki Najświętszej, pojednałam się z Jezusem.
Magda S
Po ukończeniu liceum i napisaniu matury nie dostałem się na żaden kierunek na Politechinkę, oprócz ostatniego z listy (awaryjnego). Pomyślalem sobie, że mnie wszystko może zainteresować, i że będę świetnym Inżynierem Materiałowym. Podczas pierwszego semestru stwierdziłem, że takie myślenie jest tylko maską, aby ukryć fakt niedostania się na informatykę.
Studia na Wydziale Inżynieri Materiałowiej (WIM) zbrzydły mi do tego stopnia, że postanowiłem zdać od nowa maturę z fizyki, tym razem rozszerzoną i startować na informatykę. Nie byłem do końca przekonany do informatyki ale co mi pozostało innego? Zacząłem przygotowywać się do fizyki, uczyłem się na kolosy na studiach z fizyki, aż szczęśliwie doszedłem do sesji.
Czas sesji był czasem szczególnej nienawiści do WIMu, i chęci skończenia studiów. Niestety, było to problematyczne ze względu na tatę, który nie wierzył, że napiszę maturę lepiej i zostanę informatykiem. Istniało wyjście - uwalić sesje, to rozwiązanie z kolei mnie nie odpowiadało. Obiecałem sobie, że będę walczył, tym bardziej, że w pierwszym terminie zaliczyłem fizykę, której z racji matury najwięcej poświęciłem czasu. Postanowiłem zdać na następny semestr bo istaniało niebiezpieczeństwo, że zawalę studia, nie poprawię matury i zostanę na lodzie. Fizykę zdałem ciężką pracą, oblałem matemtykę. W akcie desperacji na modlitwie prosiłem Boga o numery zagadnień jakich będę musiał się nauczyć na egzamin. Dostałem cztery. Jadąc na wydział zakuwałem te pytania. Gdy wpadłem na WIM, oddałem kurtkę, dostałem numerek 22. Usłyszałem głos w sercu "patrz, oto Twój wynik", nie rozumiałem tego, ponieważ każda część egzaminu była na 18 ptk. 2 części zaliczyłem jeszcze przed egzaminami, została ostatnia. Straszne było moje zdziwienie, gdy uslyszałem werdykt: "niezdane - 2 ptk na 18"! Nastąpiła od razu poprawa, z której, również dostałem 2 ptk. Dla ironii wspomnę, że pytania naprawde były takie, jak na modlitwie, gdy o nie prosiłem.... Jednym słowem zwaliłem egzamin co zamknęło mi drogę na 2 semestr. Nie zmartwiłem się bardzo, bo z jednej strony poczułem się wolny i szczęśliwy gdyż zakończyłem przygodę z WIMem, lecz pozostała sytuacja w domu.
Bałem się jakiegoś wydziedziczenia, moi rodzice uważają, że najlepiej zaliczać wszystko od razu, a rok przerwy to strata życia. Jednak mimo tego, z rodzicami poszło niezmiernie gładko - już nie pamiętam nawet czy dużo mi dokuczali. Moja sytuacja wyglądała tak: przygotowuję się do matury, nie studiuję już na WIMie (co najlepsze na 2 sem. nie miałbym nawet fizyki. Teraz, po czasie mogę stwierdzić, że Bóg trzymał mnie tam póki mam fizykę w ramach "darmowych korepetycji". To na WIMie właśnie polubiłem bardzo fizykę i ją zrozumiałem).
Jeszcze przed maturą obudziłem się pewnego dnia z wielkim pragnieniem - zrobić grę komputerową. Poczułem, że nie ma na świecie nic, co może mi dać większą radość niż zrobienie tej gry. Miała być zrobiona we flashu, miała być quizem Biblijnym, oraz być stylizowana na milionerów. Miała mieć prezentera i 3 koła ratunkowe. Połączyłem swe siły z Maćkiem Kubiakiem, i zaczeliśmy pracę.
Bez wdawania się w większe szczegóły, z kilkoma przerwami praktycznie zrobiliśmy tą grę (w obecnej chwili brakuje dosłownie kilku szczegółów do jej opublikowania, a spora ilość osób miała już okazję w nią pograć, przy okazji tzw. "testów"). Napiszę tylko, że pracując nad tą grą (okolo 6 godzin dziennie) stwierdziłem, że spełniam się w programowaniu oraz grafice komputerowej. Poczułem pierwszy raz tak wielkie pragnienie pojścia na informatykę.
Poprawiłem maturę na 80 co średnio mnie ucieszyło(jak Boga kocham, liczyłem na 95, i nie dostałem się odrazu na upragniony wydział. Wyjechałem na obóz sztuk walki (jissen) jako opiekun (co tam robiłem to w innym świadectwie;), w każdym razie następnego dnia po powrocie przyjechał do mnie dziedek. Myjąc się rano myślałem sobie o tym, że mam wakacje, że będe oglądał sobie ciekawe filmy, spotykał się z Ewelinką (moją dziewczyną), i miał wreszcie odpoczynek. (na obozie byłem opiekunem 12 dzieci, robota 18 godzin dziennie przez 12 dni- terror). Mój sielankowy nastrój zniszczył dziadek pytając "jak ze studiami?"
Szybko włączyłem stronę rekrutacji pw, i zobaczyłem komunikat: "został pan zakwalifikowany na wydział Inf, proszę zlożyć papiery do 22" (był 28), wyżej nastepna wiadomość "nie został pan zakwialifikowany na żadne studia na Politechince Warszawskiej" (z powodu braku tych papierów)...
Cała praca, to wszystko co napisałem powyżej, układające się w wielki plan, przemyślany okazało się ... nic nie warte! Zadzwoniłem do paru osób aby omadłały sprawe i zaraz potem na wydział - z pytaniem czy mnie przyjmą. I okazało się że pomimo, że sie spoźniłem z papierami, przyjmą mnie w ostatnim treminie - dziś!! Wiec szybko wskoczyłem w miniaka, jadę na wydział i na miejscu w pokoju nr 111, po napisaniu podania o przyjęcie, otrzymałem do rąk decyzję komisji rekrutacyjnej - zostałem przyjęty!!!:):);)
Należy się buziak Ojcu;*
Michał Babiński
Na przestrzeni stycznia lub lutego 2001 roku, parę miesięcy po naszym ślubie pojechaliśmy z Sylwią na kurs Jan, który odbywał się w Zabrzu. Uczestniczyło w nim 16-18 osób. Sześciodniowy kurs o umiłowanym uczniu Jezusa, który spoczywał na Jego piersi, mocno pokazuje bliską relację Jana z Jezusem.
Pojechałem na ten kurs, mając problem z Eucharystią, mimo że od dłuższego czasu głosiłem już Ewangelię. Zastanawiało mnie, czy rzeczywiście pochodzi ona od Boga, czy może jest to wymysł ludzki. Czy Jezus pragnął właśnie w taki sposób przypominać nam i objawiać każdego dnia na nowo swoją śmierć na krzyżu, tajemnicę zbawienia.
W trakcie kursu Bóg potwierdził mi moją drogę życiową, a we mnie jeszcze bardziej rozpalił chęć głoszenia Słowa Bożego. Nadal jednak w moim sercu istniał nierozwiązany problem – wiarygodność Eucharystii. Ostatni dzień był w szczególny sposób jej poświęcony. Każdego dnia uczestniczyliśmy w Mszy Świętej. Tego ostatniego dnia, wyglądała jednak nieco inaczej. W trakcie modlitwy eucharystycznejksiądz zaprosił wszystkich uczestników do tego, by podeszli i stanęli w półkolu przy ołtarzu.Ponieważ jestem osobą, która zawsze, gdy trzeba coś zrobić jest do tego pierwsza (nie zawsze jest to dobra cecha), podniosłem się energicznie z ławki. Nie zauważyłem faktu, że koleżanka siedząca obok niechcący nadepnęła mi na sznurówkę. Podniosłem się z taką siłą, że przeleciałem przez ławkę i wylądowałem na ziemi. Powiedziałem przepraszam, wstałem, zawiązałem buta, bo się rozwiązał w trakcie całej akcji i spojrzałem gdzie jestem. Byłem na środku kaplicy, podczas gdy wszyscy już stali w półkolu przy ołtarzu. Przypomniały mi się w tym momencie słowa „pierwsi będą ostatnimi”. To była dla mnie nauczka, że nie należy się zbytnio wyrywać. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem czegoś takiego. Nigdy wcześniej nie byłem nigdzie ostatni. Zawsze przodowałem wśród kolegów. Nie chcąc przepychać ludzi i przeszkadzać w Mszy, stanąłem za nimi w drugim rzędzie, za półkolem. Po chwili podszedł do mnie jeden z animatorów i mówi – Witek, podejdź i stań tam koło swojej żony, bo teraz jest ważny moment. Żebyście byli razem jako małżeństwo. Spojrzałem w kierunku Sylwii. Stała pierwsza po prawej stronie. Najbliżej ściany. Podszedłem, a ponieważ nie wypadało jej przestawiać, więc stanąłem na miejscu minus pierwszym. Wówczas przypomniały mi się słowa „ostatni będą pierwszymi”.
Przychodzi czas Komunii Świętej. Ksiądz przed jej rozpoczęciem mówi do nas:
- Dzisiaj będzie trochę inaczej, będziecie przyjmowali Pana Jezusa na rękę, każdy z was będzie sam na sam z Jezusem. Kiedy uznacie,że już czas adoracji się zakończył, wówczas spożyjecie Ciało Pana Jezusa. Klęcząc tam myślałem sobie, że to wszystko nie ma większego sensu, przecież ja nie wierzę w obecność Jezusa w Eucharystii, żeby jednak nie być zgorszeniem dla innych, postanowiłem, że wezmę opłatek, popatrzę na pozostałych uczestników i jak dla nich skończy się czas adoracji to ja również wezmę Komunię do buzi.
Ponieważ stałem najbliżej ściany otrzymałem komunię jako pierwszy. W momencie gdy dotknęła ona moich rąk, przeszło mnie z góry na dół ciepło, poczułem powiew Ducha Świętego. Zaczynam płakać. Nic nie rozumiem. Płaczę, mimo iż nie czuję wcale smutku. Płacz przeradza się w szloch. Schyliłem głowę, żeby nikt nie zauważył co się ze mną dzieje. W głowie tysiąc myśli i pytania “dlaczego? Co się ze mną dzieje?” Zamknąłem oczy, próbuję jedną ręką ocierać łzy, płacz jednak nie ustaje. W końcu otwieram oczy i przez łzy spoglądam na Komunię, którą trzymam na ręku. Nagle dzieje się rzecz jeszcze dziwniejsza. Zaczynam mieć wrażenie, że hostia jest jakby za mgłą, przecieram oczy myśląc, że jest to efekt łez, ale nie obraz zaczyna mi falować zupełnie jakby coś fizycznie zaczęło się dziać z opłatkiem. Wiele w życiu doświadczyłem cudów, więc miałem całkowitą pewność, że coś się dzieje, ale co? Zacząłem wpatrywać się w falujący obraz, nagle z tej mgły zaczynają wyłaniać się konkretne kształty. Hostia na moich oczach zamienia się głowę Pana Jezusa! Widzę pochylona głowę, zakrwawione czoło w koronie cierniowej. Z perspektywy lat, mogę powiedzieć, że bardzo przypominała mi tą z “Pasji” Mela Gibsona, strasznie umęczona, zalana krwią. Po chwili okazuje się jednak że to moje widzenie nie jest jak gdyby tylko zdjęciem, lecz jest to żywy obraz. Głowa zaczyna się unosić, a ja poza czołem zaczynam dostrzegać pozostałe rysy twarzy. Jezus ma zamknięte oczy. Wpatruję się w Jego umęczone oblicze. Za moment oczy się otwierają, w tym samym momencie czuję jakby ktoś wbił mi miecz w serce, znowu zaczynam płakać, nie mogę tego opanować. Jezus patrzy prosto w moje oczy, przenika mnie całego tym spojrzeniem a ja czuję dwie rzeczy. Po pierwsze czuję ból w całym ciele i widzę twarz Jezusa pełną tego bólu, na Jego twarzy jest on wypisany do potęgi entej, ale nagle widzę coś więcej niż ból. Widzę miłość. Zaczyna nie ta miłość ogarniać, odczuwam ją każdą komórką mojego ciała. Czuję jakby ktoś mnie przytulał, jakby przytulał każdy milimetr mojego ciała, czuję jak ta miłość mnie przepełnia, co więcej ona udziela mi siebie, czyli nie jest tylko dla mnie. Zaczynam być inny, czuję jak przepełnia się moje serce, zaczynam stawać się innym człowiekiem. Nagle w prawym uchu słyszę głos. Wszyscy ludzie byli po mojej lewej stronie z prawej była tylko ściana. Upewniłem się jednak czy przypadkiem , ktoś obok nie stanął. Nie było nikogo, a ja słyszałem z prawej strony męski głos, który mówił cicho, ale nie szeptem tylko normalnie.
Były to słowa mniej więcej takie:
NIE BÓJ SIĘ, NIE LĘKAJ SIĘ, TO JA JESTEM, MOJA MIŁOŚĆ CIE OTACZA, NIE BÓJ SIĘ, NIE LĘKAJ SIĘ, KROCZ DALEJ TĄ DROGĄ, KTÓRĄ KROCZYSZ IDŹ NA PRZÓD TWOJA PRAWICA WSKARZE CI WIELKIE DZIEŁA dalej słowa mówią: NIE MUSISZ JUŻ ZASŁUGIWAĆ NA MOJĄ MIŁOŚĆ, TWOJE ZBAWIENIE DOKONAŁO SIĘ NA KRZYŻU DWA TYSIĄCE LAT TEMU JA JUŻ UMARŁEM ZA TWOJE GRZECHY i na końcu słyszę cztery razy KOCHAM CIĘ, KOCHAM CIĘ, KOCHAM CIĘ, KOCHAM CIĘ.
Przypomniało mi to sytuację, która miała miejsce rok wcześniej w Częstochowie, tam również pod koniec proroctwa w językach padły słowa kocham Cię cztery razy. Uznałem to za taki podpis Pana Boga, jakby specjalnie pokazał mi TO JA JESTEM, TO JA DO CIEBIE MÓWIĘ. Kiedy wreszcie klęcząc w tej kaplicy uzmysłowiłem sobie, że to Bóg w moim sercu pojawiła się wielka radość, że Bóg wreszcie mi się objawił. Obraz pomału zaczął zanikać z mojej ręki, zniknęła twarz Jezusa, pomału zstąpiła znowu mgła, wszystko to następowało tak delikatnie, później znów falowanie aż wszystko powróciło do normalnego stanu, na ręku widziałem opłatek. Nagle przed moimi oczami, zupełnie jakby ktoś puszczał mi slajdy z mojego życia. Pan zaczął mi pokazywać, wszystkie sytuacje w których starałem się zasłużyć na czyjąś miłość, widziałem siebie jak jako małe dziecko robiłem różne rzeczy wbrew sobie, żeby tylko ktoś mnie przytulił, pogłaskał, zachowywałem się tak w stosunku do rodziców , później w szkole podstawowej w stosunku do kolegów i koleżanek, w stosunku do nauczycieli, później zobaczyłemto samo w relacjach z dziewczynami, w relacjach nawet z moją narzeczoną, później żoną. Zauważyłem i to bardzo mnie przeraziło, że jestem człowiekiem, który nie widzi swojej wartości, dlatego musi zasługiwać na przykład na przyjaźń, zobaczyłem że nie jestem sobą tylko pozer, który chce zasłużyć na akceptację. Co więcej Bóg pokazał, że to samo dzieje w mojej relacji z Nim, że często w modlitwie, pragnę zasłużyć na jakąś łaskę. Pokazywał mi na tych slajdach konkretne sytuacje, dając mi jednocześnie do zrozumienia, że nie tędy droga, Jezus w proroctwie, które miałem wcześniej w trakcie widzenia, mówił również o tym, że nie muszę zasługiwać na miłość, że moje odkupienie dokonało się dwa tysiące lat temu, że wszystko co mam otrzymałem za darmo. Po chwili wszystko się skończyło, kiedy się wyciszyłem i uspokoiłem, spożyłem Ciało Pana Jezusa, nie mając już żadnych wątpliwości, czy jest On obecny w Eucharystii. Okazało się, że już dawno jest po Mszy Świętej, jestem sam w kaplicy, klęczę pod krzyżem. Pozostali uczestnicy Mszy Świętej musieli widzieć, że coś się ze mną dzieje, dlatego mnie zostawili. Wydawało mi się, że to wszystko trwało zaledwie 15 minut trwało jednak o wiele dłużej bo na górze kończyła się już konferencja. Za moment do kaplicy wchodzi Grzesiek Rak, pyta jak się czuję i zaprasza na dalsze części kursu. Kiedy już wróciłem do sali, to właśnie kończyła się już konferencja, miał być teraz czas aby ludzie podzielili się świadectwami, doświadczeniami z całego kursu. Czułem, że muszę wyjść, tak więc uczyniłem i powiedziałem to co dopiero co odkryłem do tej pory moją wartością było to, że jestem dobrym perkusistą i widziałem w moich relacjach z innymi ludźmi, że musiałem funkcjonować jako postać w tym przypadku perkusista, tak samo ludzie szanowali mnie właśnie za to że byłem dobrym muzykiem, zdałem sobie sprawę, że gdyby mi ucięło ręce, to nie miałbym znajomych, byłem im do tej pory potrzebny jako perkusista, a to jaki jestem jako Witek, moje emocje, moje pragnienia, marzenia były drugoplanowe. Zawsze na świadectwach przedstawiałem się jako Witek bębniarz, tym razem zakończyłem świadectwo słowami:.. “i chwała Panu mówi to Witek, człowiek wspaniały, jedyny, niepowtarzalny, jakiego Bóg stworzył”.
Na kursie Jan Bóg przemienił również moje uczucia i lęki przed małżeństwem w coś niesamowitego, właśnie będąc tam zakochałem się dopiero w mojej żonie i jest ona do dzisiaj dla mnie najpiękniejszą, najcudowniejszą i najwspanialszą kobietą jaką mogłem poznać.
Witek Wilk
Odkąd pamiętam byłem osobą cichą i spokojną. Pochodzę z rodziny, która od jednej strony jest daleko od Boga a od drugiej strony tylko moja babcia wyznaje swoją wiare. W domu czułem się bardzo samotny po przeprowadzce z bloków. Uwielbiałem zakładać więc maske osoby sprytnej, zaradnej, głośnej, pewnej siebie i bawiącej się życiem. Chciałem ściągać uwagę innych na siebie. Zło powoli zaczeło wkradać się w moim życiu. Pierwsze, jedno z najbardziej potem odbijającym się szerokim echem wydarzeniem było wywoływanie duchów na wycieczce w gimnazjum. Po kilku latach dowiedziałem się jak bardzo odbiło się na osobach, które w tym uczestniczyli. W ciągu całego gimnazjum oddalałem się mocno od kościoła, okłamując siebie samego, że przecież się modle - klepiąc bezmyślnie modlitwy zawsze takie same. Prosiłem o dobre oceny i rzeczywiście widząc, że to działa byłem zadowolony i brnąłem dalej w bezsens i udawanie, że modle się do Boga. Byłem antyklerykałem, uważałem, że księża są w ogóle nie potrzebni i po co się ich tylu święci. Nie mówiąc o tym, że nie wierzyłem w sakramenty i w jakie kolwiek cuda - byłem do szpiku realista i wszystko brałem na rozum. Między 2 a 3 klasa gimnazjum pojechałem na kolonie do Sarbinowa. Poznałem tam wspaniałą - jak myślałem - dziewczyne, ona też mnie zauważyła. Dużo rozmawialiśmy i chodziliśmy razem. Mówiła mi wiele rzeczy, ale po przyjeździe okazało się, że ma chłopaka. Załamałem się, a zły wykorzystał to i zaczął mnie niszczyć. Zaczęła się masturbacja, miałem straszną próbe samobójczą i miałem ochotę umrzeć. Jednak Bóg - wtedy jeszcze tego nie rozumiałem - trzymał mnie abym nie zginął. W tamtym okresie wszedłem w bardzo toksyczne towarzystwo. Był kontakt z marihuaną, haszyszem - od czasu do czasu paliłem, dużo więcej piłem wódki. Na kolejnych koloniach byłem blisko 2 młodszych ode mnie narkomanów. Zaproponowali mi amfetamine wysypaną na stół - i po raz kolejny - Bóg walnął mnie mocno wewnętrznie i zmusił abym tego nie próbował - i odmówiłem im z trudnością. Potem jeszcze dwa razy dziewczyny, w których się zakochiwałem łamały mi serce - mimo to nie próbowałem już się zabić. Zacząłem chodzić co niedziele do kościoła, bo uspokajała mnie atmosfera tego miejsca. Moi najbliższi przyjaciele, z którymi nie bywałem często w kontakcie, nagle zaprosili mnie na Mszę z modlitwą o uzdrowienie. Ja w to nie wierzyłem, ale fajnie grali to przychodziłem. Zespół grał o 20 w niedziele więc chętniej zacząłem przychodzić na 20. W końcu przyjaciel zaprosił mnie w 2008 roku na Seminarium Wiary w Otwocku, które było zawsze po Mszy na 20 w kościele u Pallotynów. Otworzyło mnie to na więcej, po raz pierwszy oddałem życie Jezusowi. Jednak w dzień Zesłania Ducha Św. nie mogłem być bo musiałęm czuwać przy chorej babci. Byłem rozgoryczony i pomyślałem, że to nie miało sensu. Potem natomiast usłyszałem o kursie Filip robionym przez podobne osoby co Seminarium. Najpierw zaczeliśmy we 4ech chodzić na spotkania wspólnoty a potem wraz z przyjacielem poszliśmy na kurs. Wtedy oddałem moje życie Chrystusowi po raz drugi w życiu, ale w pełni przebaczyłem moim winowajcom i Duch Święty podczas modlitwy wstawienniczej pod koniec kursu wylał się we mnie. Od tego momentu moje życie zmieniło się o 180 stopni. Wiem, że od tego czasu nigdy nie będe już tym samym człowiekiem - i z tego właśnie się cieszę - że Bóg pomógł mi z tym wszystkim zerwać. Jestem w normalnym związku z cudowną, czułą, wierzącą kobietą, dostałem się na studia, układam sobie życie, zerwałem z alkoholem, narkotykami, ludźmi, którzy ciągneli mnie na dno. Mogę żyć wspaniale i radośnie. Czasem jest trudno, ale mimo wielu krzyży Bóg za każdym razem mnie z nich wyciąga - kiedy pokazał mi jak bardzo mnie kocha, jestem pewien, że z każdej trudnej sytuacji wyjdę obronną ręką. Chwała Panu!
Jurek Wolski Rzewuski
Kurs Filip 12 – 14.06.2010r
Byłam świadkiem obecności Ducha Świętego; zrozumiałam że nie zależnie jakie grzechy popełniłam Pan Bóg kocha mnie miłością wielką.
Otrzymałem słowo w czasie modlitwy – które zapewniło mnie ze Bóg mnie miłuje, opiekuje się mną, wypełnia moje życie pokojem i radością, odpowiada na moje wołanie.
Doświadczyłam wielkiej miłości Jezusa. Czułam że jestem dla Niego ważna. Czułam Ducha Świętego. Teraz już wiem jaką droga mam iść.
Ala
Na kursie Filip doświadczyłam:
• spokoju wewnętrznego
• obecności Ducha Świętego
• wyciszenia i ukojenia w żałobie
• zachęty do czytania Pisma Świętego
• zrozumienia niektórych zagadnień związanych z wiarą
Kurs utwierdziła mnie w tym ze jestem kochana, Jezus jest ze mną każdego dnia, w mojej codzienności. Nie musza się dziać rzeczy niezwykłe żebym wiedziała że On jest i posyła mi Ducha. On, mój Pan jest zawsze ze mną, zawsze mnie kocha.
Doznałam wewnętrznego spokoju, wiem że Bóg mnie kocha i prowadzi mnie najlepszą drogą.
Doświadczyłam ogromnej miłości Pana Boga i przekonania o Jego bliskości wokół mnie każdego dnia.
Uważam że Pan realizuje swoja obietnicę dla mojego życia i poczułem ze to się dokonuje.
Na kursie doświadczyłam dużo miłości wokół siebie, spokoju w modlitwie i pogłębienia wiary w Boga.
Na kursie Filip:
• dowiedziałam się że niektóre rzeczy, których nie uznawałam ze grzech w rzeczywistości są grzechem.
• Dostałam pewność że moje życie i relacje z ludźmi zostaną uporządkowane
• Zapragnęłam prawdziwie przebaczyć innym ludziom
• Mam pewność ze w najbliższym czasie dostane od Boga swoją ”druga połowę
• Dostałam chęć do zaakceptowania samej siebie
• Podjęłam decyzję odnośnie relacji z pewną osobą, nie chcę wymieniać imienia.
Doświadczyłam łaski przebaczenia. Nauczyłam się jak posługiwać się i modlić Pismem Świętym.
Bóg wskazał mi to, że nie umiem pogodzić się ze śmiercią taty. Wydawało mi się że to dla mnie oczywiste, że Pan go wezwał, że skończyło się jego cierpienie na ziemi. Pokazał mi mimo że tata umarł On-Bóg jest dla mnie tą męską, ojcowską dłonią która zawsze będzie mnie kochać. Przyszłam na kurs z prośba o wskazanie przez Boga mojej drogi życia (powołania) Poprzez modlitwę i cytat z Pisma Świętego a następnie poznanie jednej z osób posługujących na temat podróży odczytałam odpowiedź dla mnie, ponieważ od kilki miesięcy myślę o rekolekcjach w górach u sióstr Marianek (myślę o wstąpieniu do ich zgromadzenia)
Sylwia
Doświadczyłam:
• obecności Bożej
• odpowiedzi na pytania dotyczące mojej dalszej drogi życiowej (co jest wola Bożą)
• potrzeby wzrastania we wspólnocie
Doświadczyłam:
• odblokowania wewnętrznego
• spokóju
• radości
• ufności ze moje sprawy pomyślnie się zakończą
Doświadczyłam miłości Pana Boga i ogromu Jego miłosierdzia poprzez rozwiązanie problemu zdrowotnego mojego syna w trakcie modlitwy. Otrzymałam bardzo ważną naukę dla mnie pod czas spowiedzi. Doświadczyłam pokoju, radości. Doświadczyłam zaśnięcia w Duchu Świętym.
Doświadczyłam krótkiego ale błogiego spokoju, wyciszyło się moje serce. Pomału układam sobie drogę do Jezusa. Wiem że moje życie będzie już od tej pory zupełnie inne. Tak mi dopomóż Bóg.
Przyszłam na kurs aby dostać odpowiedź że modlitwy są wysłuchane i otrzymałam odpowiedź: tak. Tak jak pragnęłam otrzymałam łaski od Ducha Świętego.
Doświadczyłam obecności Ducha Świętego. Dostałam znaki że Duch Święty jest ze mną że działa, świadczy o tym moje zachowanie – oczyszczenie przez łzy, a także słowa które dla mnie przygotował.
Poczułam dotkniecie Ducha Świętego. Prosiłam aby mnie dotknął duchowo a otrzymałam dosłowne w postaci muśnięcia po szyi. Kocham Cię Duchu Święty.
Izabela
Doświadczyłam: wspólnej modlitwy, spokoju ducha i wiary na przyszłość.
Duch Święty przychodził do mnie w swoim Słowie . Doświadzcyłam tego że nie szczędzi swoich łask, darów charyzmatów - że nie ma względu na osoby - ale wylewa łaski i rozpala ogniem Miłości Bożej. Wiem że zostałam obdarowana i teraz musze stopniowo odpakowywać ten prezent.
W czasie tych 3 dni zobaczyłem jak Bóg działał w przeszłości, jak bardzo potrzebne mi były doświadczenia z dawnych lat, by ukształtować mnie, nauczyć i przede wszystkim zauważyć Miłość w moim życiu. Miłość Boga która przychodziła m. in. przez drugiego człowieka, zauwazyłem zło, którego wcześniej nie widziałem, nie byłem go świadomy.
Krzysztof
Osiągnełam spokój serca oraz pewność że Bóg ma plan na moje życie i wskaże mi droge którą powinnam w Nim podążać.
Na kurs przyszłam z wielkim pragnieniem Miłości Bożej. Podczas modlitwy poczułam ciepło szczególnie po lewej stronie ciała - od serca, a także błogi spokój. To jest nie do opisania. Ponieważ w moim życiu jest wiele ran z przeszłości Pan dał mi słowo uzdrowienia: Oto Cię uzdrowie. Dostałam także powołanie do Ewangelizacji. Teraz czuje że Bóg mnie kocha, że ma wobec mnie konkretny plan. Nie jestem Mu obojetna. Jestem Jego umiłowana córcią. Radość wypełniła moje serce.
Kasia
Na kursie wiele przedstawianych treści i słowa Pisma Świetego wzbudziły na nowo ogromną chęć refleksji nad samym soba i pragnienie by słuzyc Bogu przede wszystkim we wspólnocie ale tez po za nią, pragnienie oddania się załkowiecie Jezusowi by byc tak jak On dla inncyh miłością i dobrocią, by nie tracic ani chwili na to co nie słuzy Królestwu Bożemu. Odczułam podczas modlitwy i rozmów z innymi ogromne wruszenie ze Jezus jest blisko mnie, umacnia, obdarza swoimi łaskami by umacniac sie nawzajem w wierze. Poruszam sie w nowej rzeczywistosci, czuje że moje oczy patrzą inaczej, serce staje się wrażliwsze na drugiego człowieka. Ogromna radość i spokój, przebywanie w jakims obłoku Chwały Bożej w Trójcy Świętej.
Doświadczenie:
• działania Ducha Świetego
• pogłebienia relacji z Bogiem
• otwarcia sie na Boga
• lepszej umiejętność modlitwy, wypływającej bardziej z serca